A może by tak wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady?

Cześć,
wpis ten będzie nieco odbiegał od tematyki bloga, bo zamiast o szeroko pojętej pracy, napiszę o urlopie:)

Wraz z dziewczyną pojechaliśmy na 2 tygodniowy urlop, dzieląc go po równo, na morze i na góry. Jak się domyślacie, pasmo które wybraliśmy to Bieszczady.
Ogólnie nie jestem jakimś doświadczonym bywalcem gór, ale Tatry, Karkonosze jak i właśnie Bieszczady trochę zwiedziłem, a piszę właśnie o Bieszczadach, bo w tym powiedzeniu „A może by tak wszystko je**ąć i wyjechać w Bieszczady” coś jest! :)

Jeśli chodzi o Tatry, to „stolicą” tych gór jest bezsprzecznie Zakopane ze słynnymi korkami na Zakopiance, Karkonosze, a przynajmniej ta część w której byłem, nie ma tak bardzo konkretnego centrum jak Tatry i dzieli się mniej więcej po równo na Szklarską Porębę i Karpacz. Bieszczady, a dokładniej ich najwyższa część nie ma w ogóle centrum – Bieszczady to zbiór bardzo małych miasteczek (wsi?). Jadąc od strony miasta Sanok, najbliższym miasteczkiem, gdzie jest sens nocować jest Cisna, potem Krzywe, Kalnica, Smerek, Wetlina, Brzegi Górne i na końcu Ustrzyki Górne (chodź dalej mamy jeszcze Wołosate czy Muczne). Największym w tych miejsc są Ustrzyki Górne – nie jest to chyba największe z tych miasteczek, ale najwięcej można tam zrobić.
No ale zaczynając od początku – trasę z nad morza (Międzywodzie) zaczęliśmy koło godziny 22, aby koło 7 rano być w Krakowie, stamtąd już prosto w Bieszczady – do Wetliny. Podróż ekstremalnie męcząca, ale czego innego oczekiwać można po najdłuższej przekątnej Polski.

Wetlina to miasteczko, którego wielkość nie przekracza długością, długości przeciętnej ulicy w Łodzi, ale pierwsze co się rzuca w oczy to… Pustka ;)

W Wetlinie prawie każdy budynek oferuje miejsca do spania (prywatne osoby), a jeśli tego nie oferuje to jest kościołem / jest niezamieszkany / można tam zjeść / kupić rzeczy do jedzenia. A skoro przy tym jesteśmy – Wetlina oferuje 3 sklepy z czego najlepiej zaopatrzony jest chyba ABC. Można kupić tam większość potrzebnych rzeczy na piesze wycieczki, od plastrów, przez jakieś kremy na ugryzienia, piwo, pieczywo, owoce, warzywa czy wodę mineralną.

Na pierwszy dzień mieliśmy plan pojechać do Ustrzyk Górnych (spod ABC kursują busy, które za kilka złotych podwiozą każdego do pobliskich miasteczek lub pod faktyczne miejsce startu trasy – bus rusza jak zbierze się wystarczająca ilość chętnych – zazwyczaj nie czeka się więcej niż 15 minut) i tam wejść na Połoninę Caryńską, odwiedzić Schron – Chatkę Puchatka, przejść Połoniną, zejść w Brzegach, tam wejść na Połoninę Wetlińska i zejść już w obok Wetliny.

Porównując Bieszczady do Tatr i Karkonoszy to spodziewałem się.. Mniej stromych gór ;) Są zdecydowanie trudniejsze niż Karkonosze, ale nadal znacznie łatwiejsze niż Tatry. Tzn na tyle na ile je wszystkie poznałem.

 

Trasa na Połoninę Caryńska była przyjemna, z większości prowadziła przez las. Sam spacer połoniną to chyba jeden z przyjemniejszych elementów wyjazdu.

 

Nie trwał on niestety długo. Kolejnym etapem było zejście do Brzegów Górnych i wejście na Połoninę Wetlińską.

 

To, co jest w Bieszczadach a nie ma w Tatrach to wiaty – co jakiś czas, na niektórych szlakach można spotkać takie oto wiaty

 

Przydają się żeby na spokojnie usiąść i się napić czy coś zjeść. Tatry rekompensują nam brak wiat znacznie większą ilością schronisk :)

Warto w tym miejscu dodać że przy wejściu na szlak są budki Bieszczadzkiego Parku Narodowego, gdzie Pani w okienku przyjmuje opłaty za wejście. Można kupić karnet wtedy ma się jedno wejście gratis, jak mnie pamięć nie myli. Nie panikowałbym z powodu opłaty jakoś bardzo, taki karnet to fajna pamiątka :)

 

 

Tak, są cztery dni zamiast pięciu z luką w środku, bo raz zapomnieliśmy karnetu.

Podejście na Połoninę Wetlińską było o tyle specyficzne że dochodząc do znaku informującego o czasie pozostałym do celu oczekiwaliśmy około 30 minut a okazało się 10.

Zaraz przy podejściu jest Schron – Chatka Puchatka. I widoczek zachaczający właśnie o o ten schron:

Planem dalej było przejść się Połoniną i dojść do Przełęczy Orłowicza i w zależności od sił wejść na Smerek ale niestety czas jaki był podany na przejście Połoniną na naszej mapie a ten na szlaku mocno się różniły ze sobą – więc żeby nie ryzykować schodzenia po 21ej – zeszliśmy żółtym szlakiem do Przełęczy Wyżnej.

Dostaliśmy w ten sposób godzinkę ekstra i wykorzystaliśmy ją na zerknięcie co okoliczna pizzeria (ciężko nazwać ją pizzerią w sumie, no ale pizzę ma).

Udało nam się upolować same dobre rzeczy, moja Aga wybrała naleśniki

 

a ja przytuliłem placek po Bieszczadzku

 
.

Kolejny dzień to jeszcze lepsza pogoda :)

Wybraliśmy się na Małą i Wielką Rawkę – podejście przyjemne, obok jednego z nielicznych schronisk.

 

Mnóstwo genialnych widoków, serio, zdjęcia tego nie oddadzą!

Ciekawym dodatkiem był Krzemieniec – czyli trójstyk granic Polski, Ukrainy i Słowacji. Droga do niego nie była jakaś przyjemna, ale swoistą „ozdobą” były słupy graniczne

 
 

No i sam obelisk

 
 

Spotkaliśmy parę starszych ludzi z Ukrainy, pogadaliśmy trochę (po angielsku) przy okazji odpowiadając na kilka pytań chociaż by o wyposażenie Chatki Puchatka (zerowe ;) ) czy trudność konkretnych przejść.

Kolejna była Tarnica – najwyższy szczyt Bieszczad. Wchodziliśmy szlakiem żółtym od strony Wetliny, czyli tym mniej popularnym, nieco trudniejszym i dłuższym, ale nadal oboje wychodzimy z założenia że lepiej lajtowo schodzić niż wchodzić ;)

Widoki równie piękne co przy Połoninach czy Rawkach :)

 
 

A tu już prawie u podnóża Tarnicy

 
 

Sam szczyt to obfituje w kilka ławeczek i całkiem pokaźną (jak na Bieszczady) ilość podróżników. Chodź nadal bez porównania do Tatr. Zejście proste i przyjemne, po schodkach, niebieskim szlakiem.

A pizza a tej niby pizzeri – całkiem niezła, na cienkim cieście :)

Kolejnego dnia wróciliśmy na Przełęcz Orłowicza – żeby przejść się Połoniną Wetlińską. Korzystając z bliskości Smerka również weszliśmy na tę górę. Droga od punktu strategicznego dość krótka, ale nie aż tak krótka jak pokazują znaki ;)

 

Co ciekawe – właściwy szczyt Smerka nie jest dostępy dla turystów – udostępniony został w zamian „szczyt” typowo turystyczny na którym stoi krzyż. Te krzyże na szczytach to chyba ze względu że łatwo je dostrzec z daleka.. Ale to wymyśliłem, może jest jakiś inny powód.
Na krzyżu jest krótka historia

 

Ciekawe czemu się z tym krzyżem tak bujali w tajemnicy?

Wracając ze Smerka znalazłem na szlaku 5zł! Mogło leżeć tam dobre kilka lat :)

Droga przez Połoninę Wetlińską była bardzo ciekawa i różnorodna. I znacznie dłuższa niż Caryńska.

 

Tego też dnia dowiedziałem się czym są te anioły które sprzedaje Pani obok sklepu ABC w Wetlinie – wiąże się z tym pewna historia (legenda).

Otóż dawno, dawno temu (a jakże mogłoby zaczynać się inaczej) pewien obszar ziemi był niezamieszkany przez ludzi. Powodem była ogromna ilość diabłów, chochlików i demonów która skutecznie odstraszała ludzi. W piekle cieszyli się z tego a żeby iść z duchem czasu rozpoczęli eksperymenty genetyczne. W ich wyniku powstały całkiem nowe rodzaje demonów – Biesy i Czady – które zeszły właśnie na te ziemie. W niebie wieść rozniosła się szybko i jak planowano przegnać diabły stamtąd tak zaczęto mieć obawy przed tym – gdyż Anioły nie były szkolone do walki z takim nowym gatunkiem. Brak równowagi który w tym regionie spowodował poważną rozmowę między przedstawicielami nieba i piekła w wyniku której ustalono że nowe demony będą rzucały monetą. Ten demon który przegra będzie odtąd pełnić rolę anioła. I w takiej oto loterii Biesy zostały tymi od złego a Czady do dobrego. A samą krainę nazwano Bieszczady ;)

Ogólnie podoba mi się ta historia, fajnie metaforyzuje Biesy jako trud szlaków górskich, pot, ból nóg itp by zaraz przeciwstawić temu Czady – powiew wiatru na szczycie, spokój, odpoczynek.

Nawet jest piosenka w tej legendzie:

Często jak się jedzie busem to leci u kierowcy to, fajnie! Buduje atmosferę ;)

„Gdy skrzydłem Cię trącą, już jesteś ich bratem!” – podpisuję się rękoma i nogami!

W dzień wyjazdu zrobiliśmy wycieczkę na Jawornik – krótka, 3h wyprawa, nadal bardzo ładna.

Bieszczady wypocząć pozwoliły bardzo. Ta ekstremalna pustka to oderwanie od rzeczywistości i abstrakcji typowych dla Tatr takich jak kolejka na szlaku na Giewont. Wszyscy są super mili, parafrazując klasyka „niedźwiedzi nie było, ale też jest zajebiście” :)

Czady, chodźcie do mnie!
Dzięki za wizytę,
Mateusz Mazurek
Podziel się na:
    Facebook email PDF Wykop Twitter

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o